poniedziałek, 12 sierpnia 2013

"Karate is about discipline and the first discipline is showing up for class."

W dniu mojego przyjazdu na Okinawę przygotowana byłam na to, że pierwsze parę dni spędzę pod osłoną parasola. W lipcu bowiem panuje tutaj pora deszczowo-tajfunowa, którą tubylcy wręcz uwielbiają, ponieważ daje im to chwilę wytchnienia od upałów. W tym roku pora deszczowa postanowiła wypiąć się na wszystkich. Od mojego pierwszego dnia, deszcz padał zaledwie raz i to przez niecałe 10 minut (nie mogę przemilczeć faktu, że akurat byłam na rowerze w drodze do szkoły...). Tak jak mówiłam, mieszkańcy Okinawy kochają te letnie ulewy, więc byli bardzo niepocieszeni. Ja natomiast dumnie zwiedzałam, spacerowałam i chodziłam na plażę, ciesząc się, że ten rok jest meteorologicznie jakiś pomylony. Do czasu... Pierwsza burza przyszła wraz z pierwszym dniem tego weekendu i tak oto szlag trafił moje plażingowe plany. Podczas gdy większość ludzi dosłownie odstawiała w deszczu taniec dziękczynny, ja siedziałam naburmuszona w swoim pokoju, nie wiedząc co ze sobą zrobić. Te muchy w nosie wynikające z mojej meteoropatii miały znaczny wpływ na moją wenę literacką i za to muszę wszystkich bardzo serdecznie przeprosić. Obiecałam Wam systematyczność, a tu ponad tydzień bez żadnego wpisu. Całuję wszystkich po (śmierdzących) stopach. Na szczęście wraz z dniem dzisiejszym wena powróciła, a całe to dobro wynika z wysiłku fizycznego. I to nie byle jakiego. Ci, którzy oglądali "Karate Kid" wiedzą, że trening karate to nie nordic walking (nie umniejszając nikomu, kto uprawia nordic walking).
Wszyscy znają pana Miyagi, prawda? Nie??!! Szczyt! Miyagi Kesuke, bohater wszystkich czterech części serii "Karate Kid" jest pochodzącym z Okinawy mistrzem wschodnich sztuk walki, a przede wszystkim karate. Teraz, kiedy już tyle wiem o Okinawie wydaje mi się to banalne i oczywiste. Okinawa jest bowiem kolebką karate, a nazwisko Miyagi jest okinawskim odpowiednikiem polskiego Kowalskiego (inne popularne nazwiska to Taira, Miyazato i Higa). W mojej rodzinie, od kiedy pamiętam, panowało zamiłowanie do japońskich sztuk walki. Tato, w swoich pięknych latach akademickich, intensywnie trenował zarówno judo jak i karate, zarażając tym już od maleńkości mojego starszego brata. Najbardziej ucierpiał na tym jeden z moich mlecznych zębów, ponieważ okazałam się być idealnym workiem treningowym. Mimo ciągłych bójek z bratem, rodzice próbowali uchronić mnie (i moje pianistyczne palce) od wszelkiego rodzaju sztuk walki. Niestety jakiś czas później zaczął wyłazić ze mnie babochłop i zwykłe balety i aerobiki zaczęły mnie nudzić. Na jakiś czas zaprzyjaźniłam się z boksem, ale jadąc na Okinawę obiecałam sobie, że skorzystam z okazji i spróbuję rodzinnej dyscypliny - karate. Na początku wpadłam jednak w wir okinawskiego życia i zapomniałam o jakichkolwiek treningach. Przypomniałam sobie dopiero po dwóch tygodniach i zwróciłam się z prośbą o pomoc w znalezieniu dojo (道場) do Okinawa Karate Kobudo Bureau. Podali mi oni adres dojo, znajdującego się zaledwie 5 minut od mojego domu. Wiedząc, że treningi odbywają się zazwyczaj w godzinach wieczornych, udałam się tam pewnego dnia, żeby obadać grunt. Stanęłam przed domem z wielkim szyldem wskazującym, że gdzieś tutaj ukryte jest dojo. I niestety w tym momencie zaczęły się schody mojej kariery wojownika. Chodzenie w okół tego budynku i szukanie wejścia na salę treningową zajęło mi jakieś 30 minut. W budynku na którym zawieszony był szyld znajdowały się same mieszkania, a ludzie z nich wychodzący na moje pytanie o dojo odpowiadali machając rękami i mówiąc pod nosem, że oni nic nie wiedzą na ten temat. "Co jest, do jasnej ciasnej..." - pomyślałam opierając się na murku i otwierając kartonik macha milk (od którego chyba jestem uzależniona...). Przypomniałam sobie, że biuro podało mi też numer osoby odpowiedzialnej za to dojo, więc mimo mojej awersji do wykonywania jakichkolwiek telefonów (i do tego PO JAPOŃSKU!!!) spróbowałam zadzwonić. Telefon odebrał jakiś młody Japończyk, i gdy usłyszał moje pytanie odnośnie lekcji karate odpowiedział mi "Eeeeeee???". Zasmucona i zrezygnowana podziękowałam panu za (nie)pomoc i odłożyłam słuchawkę. Niczym ten zbity pies, wróciłam do domu. Temat podjęcia przeze mnie drogi wojownika powrócił dopiero w weekend, kiedy to postanowiłam udać się na samotne piwko do miasta. Maszerując w kierunku Kokusai Dori, nagle za rogiem ujrzałam mały niebieski neon z napisem "Dojo Bar". Nie wiem jak to się stało, że nie widziałam go wcześniej. Przecież maszerowałam tą drogą co najmniej cztery razy w tygodniu. No ale nieistotne, na pewno dowiem się tam czegoś o karate, a jeżeli nie to i tak musi być tam ciekawie. Nie myliłam się! Właścicielem tego maleńkiego baru okazał się pochodzący z Londynu James Pankiewicz.
- Mój dziadek pochodzi z Warszawy! - krzyknął James kiedy usłyszał, że jestem Polką. Nalał mi pod barem kieliszek schowanej na czarną godzinę Żubrówki. - Na Okinawie wcale nie tak łatwo jest ją dostać, a jak już jest to Japończycy rzucają się na nią jak wygłodniałe psy. Dlatego nie przyznawaj się nikomu, od kogo masz tego strzała. - dodał James puszczając do mnie oko i ja od razu wiedziałam, że jestem wśród swoich. Historia tego jak James wylądował na Okinawie jest dość prosta, acz romantyczna. Podczas swojego stypendium naukowego w Sapporo poznał swoją przyszłą żonę, która pochodziła z Okinawy. Kiedy dziewczyna wyjechała, James spakował manatki i poleciał za nią. Mieszka tu już 9 lat i ma dwie piękne córeczki - dowód na to, że z mieszanki kaukasko-azjatyckiej wychodzą naprawdę cudne dzieci.
- No popatrz, a powiedziałabym, że przeniosłeś się tu z miłości do karate.
- Czasami trzymam się takiej wersji, ale wtedy żona mnie bije - odpowiada James z bardzo poważną miną, wywołując wybuch gromkiego śmiechu wszystkich klientów podpierających bar.
James jest przede wszystkim uczącym się i uczącym innych karateką, a bar prowadzi, ponieważ tak jak większość ludzi na tym świecie, któregoś ranka wymyślił sobie, że otworzy knajpę.
Po drugim piwie przyznałam się, że bardzo chciałabym pójść na trening karate. Zostały mi tylko dwa tygodnie, ale jest to jeden z podpunktów na mojej okinawskiej liście "must do". James oświadczył, że trzeba było mówić tak od razu, że jutro zadzwoni do senseiów i w poniedziałek zaprowadzi mnie na trening. Byłam wniebowzięta! Oprócz James'a w Dojo Barze poznałam 60-letniego Japończyka, który przed żoną i korporacyjnym życiem uciekł na Okinawę, Japonkę zakochaną w pewnym Amerykańskim żołnierzu i greckiego szefa kuchni. Był to wieczór zarówno bardzo ciekawy jak i pożyteczny. I jak przystało na poranek po każdym fajnym wieczorze, obudziłam się z paskudnym bólem głowy.
James dotrzymał obietnicy i zaprowadził mnie do dojo. Cieszyłam się z nadchodzącego wysiłku fizycznego. Ci, którzy mnie znają, wiedzą, że od jakiegoś czasu jestem treningowym narkomanem, dlatego ostatni miesiąc bez praktycznie żadnego wysiłku fizycznego ( jazda na "złomku" się nie liczy) dał mi się we znaki. Dojo do którego zostałam zaprowadzona specjalizuje się w mało znanym w Polsce stylu Gojuryu. Jest to jeden z najbardziej tradycyjnych okinawskich stylów, zapoczątkowany przez jegomościów o nazwisku Higashionna i Miyagi (o proszę, jaka niespodzianka). Styl Gojuryu (剛柔流) oznacza styl "twardy i miękki", czyli wykorzystanie zarówno bezpośrednich ataków ofensywnych jak i wykorzystaniu siły przeciwnika na jego niekorzyść. Miyagi wierzył, że w karate tak samo ważny jest umysł jak i mięśnie.
Po wejściu do dojo przywitała mnie mała starsza pani ubrana w karategi. Wyjaśnię tutaj, że powszechne w Polsce używanie słowa "kimono" w odniesieniu do stroju karateki, dla Japończyków jest totalnie niedorzeczne i prześmieszne. Kimono to to co noszą gejsze, a to co nosi karateka to karategi (空手着). Gdy słyszą, że "karateka nosi kimono", od razu wyobrażają sobie wojownika w pięknym, jedwabnym i kolorowym kimonie i klasycznym makijażu, co zazwyczaj wywołuje u nich napady niepohamowanego śmiechu. No ale wróćmy do malutkiej Pani. Od razu rzucił mi się w oczy czarny pas przewiązany na jej biodrach. Przyznam się, że nie potrafiłam sobie wyobrazić tej drobnej osoby w walce, ale jest to idealny przykład na to, żeby nie oceniać ludzi po pozorach. Miyazato sensei (bo tak się nazywa ta maleńka wojowniczka) od razu wzięła mnie pod swoje skrzydła.   Podczas gdy inni panowie trenowali w grupie (Miyazato sensei i ja byłyśmy jedynymi przedstawicielkami płci pięknej na tej sali), objaśniła mi wszystkie podstawy, poprawiając każdą milimetrową niedoskonałość ustawienia moich nóg, kierowania moich ciosów. Przepytywała mnie też ze słowniczka karateki, a nazwy te, jak na złość, nie chciały zostać mi w głowie.
Gdy przeszłyśmy do treningu kopnięć, malusieńka Miyazato sensei wzięła do ręki ochraniacz, który wydawał się być większy i cięższy od niej, i kazała mi kopać. Wydawało mi się, że mam całkiem sporo pary w nogach i dlatego bałam się, że mniejsza o połowę ode mnie Japonka przewróci się razem z tym ochraniaczem.
- Anna-san, musisz nauczyć się kopać mocniej. Wyglądasz na silną osobę, nie bój się swojej siły.
Mówiąc to wręczyła mi ochraniacz i wykonała tak silne maegeri, że sama na chwilę straciłam równowagę. Od razu pomyślałam, że biedny jest ten, kto wpadnie na durny pomysł kradzieży jej torebki.
Moje dojo
Po półtoragodzinnym treningu nie było suchego fragmentu na moim t-shircie a ja ledwo łapałam oddech. Na pewno brak klimatyzacji w dojo robi też swoje, ale co by nie mówić, trening karate to nie przelewki. Należy także zaznaczyć, że tradycyjne dojo rządzi się swoimi prawami. Powinno się trenować w karategi, a jeżeli go nie masz to powinieneś mieć strój zasłaniający ręce i ramiona. Moje ramiona były widocznie za mało osłonięte, ponieważ jeden z senseiów zaoferował mi pożyczenie na te dwa tygodnie jednego ze swoich karategi, a Miyazato sensei uznała to za wspaniały pomysł. Ja mogę tylko przełknąć ślinę i udawać, że wcale nie uważam tego za niehigieniczne. Za nieprzestrzeganie zasad w dojo, można w najlepszym przypadku dostać karę jakiejś chorej liczby pompek, a w najgorszym zostać wykopanym stamtąd na zbity pysk.

Mając na uwadze rady James'a, po treningu zapytałam się senseiów ile muszę zapłacić za dwa tygodnie codziennych treningów. Odpowiedź "NIC" nie była dla mnie żadnym zaskoczeniem. Prawdziwi mistrzowie sztuk walki uważają bowiem, że jest to wiedza za którą nie powinno się pobierać jakiegokolwiek wynagrodzenia. Wiedziałam jednak, że zgodnie z etykietą powinnam wręczyć im pewną sumę, jako wyraz wdzięczności. Miyazato sensei uparła się, że nie przyjmie ode mnie więcej niż 3000 yenów.
Wejście do dojo

Ledwo doczłapałam do domu, a najgorsze jest to, że powrót z dojo mam pod górkę. W domu na szczęście czekała na mnie gotowa kolacja. Ręce miałam tak zmęczone, że jedzenie pałeczkami (które normalnie mam opanowane do perfekcji) stało się nielada wyzwaniem. Przypomniała mi się jednak scena z Kill Billa, w której wycieńczona po treningu  kung fu Beatrix (Uma Thurman) próbuje jeść ryż pałeczkami. Zmęczone i zakrwawione ręce odmawiają posłuszeństwa więc dziewczyna w końcu się poddaje
i zaczyna pochłaniać ryż gołymi rękami. Surowy mistrz Pai Mei wyrywa jej miskę z rąk, wyrzuca ryż na ziemię i oświadcza, że jeżeli Beatrix może jeść jak pies, to będzie też spała na zewnątrz jak pies. Przeszły mnie ciarki po plecach i dziękowałam w duszy Buddzie za to, że Miyazato sensei nie jest tak okrutna jak Pai Mei.
Na koniec chciałabym tylko ostrzec wszystkich złoczyńców, huncwotów, łajdaków, przestępców i chuliganów. Oficjalnie wstąpiłam na drogę wojownika!

Stay tuned

P.S. Nie pozwoliłam sobie jeszcze na bieganie po dojo i robienie zdjęć dlatego wrzucam na razie skromne dwa.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz