niedziela, 28 lipca 2013

Holy shit, I'm in Kadena!

Gdyby ktoś parę miesięcy temu powiedział mi: "Aniu, w swoje imieniny będziesz bawić się w klubie oficerskim na terenie bazy wojskowej Stanów Zjednoczonych na Okinawie" poleciłabym mu udanie się do psychiatry. A jednak oto i jestem. Stoję przy barze i piję jeagerbomby z amerykańskimi żołnierzami wysłuchując historii wojennych. Jak to się stało? Żeby przybliżyć Wam okoliczności, musimy cofnąć się w czasie o tydzień.
Nie znając jeszcze nikogo w Naha, któregoś dnia wieczorem pomyślałam sobie, że dość bycia samotnikiem, i wyszłam sama wieczorem do miasta. Tętniąca życiem Kokusai Dori w nocy staje się mekką imprezowiczów. Otwierają się pochowane w ciasnych uliczkach bary, izakaya (japoński bar, w których w typowo japońskim stylu można napić się piwa ale też zjeść mnóstwo pyszności) wypełniają się ludźmi. Przystanęłam, żeby popatrzeć na Japończyka machającego ognistymi kulami, bo nie oszukujmy się, nie jest to codzienny widok. Obok mnie stanął spory osobnik o nie-japońskich rysach twarzy, aczkolwiek dokładne określenie jego pochodzenia było trudne. Gaijini (jap. obcy, obcokrajowcy) na Okinawie tworzą swego rodzaju brać: uśmiechają się do siebie na ulicy, kiwają głową i zagadują. Dlatego zgadanie do zupełnie obcej blondynki nie było niczym wyjątkowym. Zadał mi jedno z pytań z którym spotykam się tutaj najczęściej: "Jesteś Amerykanką?" i zrobił tak samo duże oczy jak inni, kiedy mu odpowiedziałam że jestem z Polski. Tak oto poznałam Granta - mojego towarzysza barowego życia na Okinawie. Szybko się dowiedziałam, że Grant jest pół-Japończykiem pół-Irlandczykiem urodzonym na Hawajach, aktualnie mieszkającym w Bostonie. Jego dziadkowie byli emigrantami z Okinawy, więc postanowił urządzić sobie małą podróż w stylu "powrót do korzeni". Poza tym pracuje dla wojska więc przelot tutaj miał darmowy.Plusem bujania się po mieście z Grantem było to, że on też chciał poznawać Japończyków i ćwiczyć język Japoński, więc kibicowaliśmy sobie nawzajem. Któregoś dnia nad piwkiem w ulubionym barze "The Beach" oświadczyłam, że chcę zobaczyć bazę wojskową. Grant dał sobie chwilę na przemyślenie sprawy i odpowiedział, że da się zrobić. Szczerze powiedziawszy nie wierzyłam w sukces tej misji, ponieważ do bazy wcale nie jest tak łatwo wejść. Pracownicy U.S. Navy z wyprzedzeniem muszą zgłaszać podania o wejściówki gościnne dla rodziny i najbliższych, dlatego kiedy następnego dnia dostałam wejściówkę z napisem "Visitor" byłam przeszczęśliwa. Nie, żebym była jakąś psycho-fanką Amerykanów, czy też wojskowych. Mam też bardzo niewiele wspólnego z militariami, ale tak jak pisałam w pierwszym poście, postanowiłam że zobaczę WSZYSTKO, a bazy Amerykańskie są kontrowersyjnym, acz nieodłącznym elementem współczesnej Okinawy.
Plakaty anty-Osprey'owe
Od czasu kiedy w 1994 r. trzech żołnierzy stacjonujących na Okinawie zgwałciło 12-letnią Japonkę, mieszkańcy Japonii podnieśli głos. Napięcie znowu wzrosło, kiedy w zeszłym roku dwóch żołnierzy ponownie dopuściło się gwałtu. W 2009 r. żołnierz piechoty spowodował wypadek samochodowy w którym ucierpiał mieszkaniec Okinawy. Żołnierz zbiegł z miejsca wypadku, zostawiając poszkodowanego, nie udzielając mu pomocy, w wyniku czego mężczyzna zmarł. Od dłuższego czasu organizowane są olbrzymie demonstracje sprzeciwiające się stacjonowaniu wojsk amerykańskich na Okinawie. W 2012 roku odbyły się wielotysięczne demonstracje przeciwko rozmieszczeniu na Okinawie uważanych za niebezpieczne wielozadaniowych samolotów pionowego startu i lądowania Osprey. Co tu dużo mówić, większość Japończyków nienawidzi Amerykanów i uważa ich za niebezpiecznych. Wszystkie wymienione wcześniej sytuacje uważam za skandaliczne, ale staram się także sprzeciwiać szufladkowaniu. Zawsze mi się wydawało, że do wojska idą dwa typy: prawi bohaterowie, którzy chcą walczyć o bezpieczeństwo swoje i swojego kraju, oraz bezmózgowi brutale, którzy chcą wiedzieć jak to jest sobie polatać Osprey'em i postrzelać z bazuki. Zgromadzenie 18,000 buchających testosteronem mężczyzn zawsze będzie wiązać się z pewnym niebezpieczeństwem. W związku z nasileniem się ruchów sprzeciwu, amerykańska armia nałożyła godzinę policyjną, która pozwala żołnierzom być poza bazą tylko do godziny 23:00. Potem wszyscy wracają na teren bazy i albo idą grzecznie lulu, albo kontynuują imprezę w tzw. klubach oficerskich. Do takiego klubu mieszczącego się w bazie w Kadenie udałam się z Grantem.
Pięć minut po wejściu trochę zapomniałam, że jestem w Japonii. Nawet barmani byli Amerykanami. Ze wszystkich stron otaczały mnie tłumy tak samo przystrzyżonych, rosłych mężczyzn. Niektórzy w mundurach (wracając prosto z misji mieli ochotę na piwko), inni w cywilu. W moich uszach brzmiał rock'n'roll (SERIO!) i intensywny amerykański akcent. Muszę przyznać, że czułam niezbyt pewnie. Na pewno mniej pewnie niż w klubie otoczona Japończykami, którzy może i są zboczeni, ale większość z nich to wychudzone ciamajdy, z którymi nawet ja bym sobie poradziła. Po chwili jednak wczułam się w klimat i poczułam się jak w teledysku The Killers "Dustland Fairytale".
Nie potrzebowałam dużo czasu na znalezienie sobie barowej kompanii: Nina, Jose, Mark i Paul.
- Okej, czyli ty jesteś z Bostonu, a Ty?
- A jak myślisz?
- Australia?
- Blisko. Jestem z Polski.
- Z Polski? "Ku*wa mać, ci*a, dupa, ja pierd*le".
- Wow, piękna wymowa.
- Dzięki, urodziłem się na obrzeżach Chicago. (W tym miejscu duma z moich rodaków za granicą osiągnęła absolutne dno)
- Czy ktoś tutaj powiedział, że jest z Polski??!! (Podobno byłam pierwszą Polką na terenie bazy w Kadenie)
Na szyję rzuciła mi się drobna brunetka w okularach i intensywnym makijażu.
- Poprzednio mój mąż (po angielsku nazywała go "my hubby") stacjonował w Niemczech. Polacy są najwspanialszym, najbardziej gościnnym, najprzyjaźniejszym narodem jaki poznałam. Do tego piją jak nikt, nie to co te karzełki tutaj. W ogóle gdybym mogła wróciłabym do Europy choćby jutro, co nie skarbie? Ja nie narzekam. Absolutnie nie narzekam. Na plażę mam 5 minut. Ale do jasnej cholery, ja non stop chodzę ubrana tak samo. Kiedy przyjdzie sezon na kozaki? Gdzie jest sezon na kozaki, ja się pytam? W Europie co dwa miesiące mogłam zmieniać szafę, i to było, wybacz mi słownictwo, ZA JE BIS TE! (Mam wrażenie, że potok tych słów wypłynął z jej ust w przeciągu dwóch sekund) - Chodź ze mną do łazienki, mam piękny kolor szminki. Będzie Ci w nim wspaniale.
I tak oto Nina, dziewczyna pochodzenia filipińskiego, urodzona w San Diego, została moją BFF na ten wieczór. Rok temu przyjechała tutaj z mężem, Jose (również pochodzenia Filipińskiego) który służy w U.S. Air Force. Nina nie jest typową żoną żołnierza. Nie siedzi w domu cały dzień, nie marudzi, nie narzeka na samotność, nie przeszkadzają jej przeprowadzki. Sama postanowiła znaleźć pracę w armii i pracuje w dziale "human resources". Dla swojego męża stara się być podporą, ponieważ wie, że praca w wojsku może człowieka zniszczyć psychicznie. Jest ze swoim mężem 11 lat, i mówi, że niczego nie żałuje.
- Nie tylko nie żałuję. Ja bym to wszystko chętnie przeżyła jeszcze raz.
Obserwowanie tej pary upewniło mnie w przekonaniu, że na misji można żyć normalnie. Wiem jednak, że jest to przypadek jeden na parę tysięcy.
Po przetańczeniu ze mną rock'n'rolla do paru kawałków Elvisa i po paru głębszych Jeagerbombach, Paul zaczął pozwalać sobie na trochę za dużo. Dałam mu do zrozumienia, żeby wstrzymał koniom wodze. On wyraźnie się zdenerwował, zrzucił szklankę z baru i wyszedł. Nina pobiegła za nim przywrócić go do pionu (bo twarda z niej dziewucha). Po chwili Paul wrócił i szczerze mnie przeprosił. Podparł się o bar, wypił jeszcze dwa strzały i totalnie się rozkleił.
- Wiesz, Okinawa jest w porządku. Tutaj przynajmniej nikt nie umiera. To co może tutaj człowieka zabić to samotność. Wiesz, w Iraku i Afganistanie człowiek nie miał czasu o tym myśleć. Poza tym, kiedy wiesz, że twój kumpel z oddziału może już nie wrócić do obozu, tworzy się między wami więź, która jest zaprzeczeniem samotności. Tutaj wszyscy mają wszystkich w dupie. Żyją z dnia na dzień, chleją w tych barach. To totalnie bez sensu. Ja bym po prostu chciał wrócić do domu.
Rzadko brakuje mi słów, ale to był jeden z momentów w których po prostu nie wiedziałam co powiedzieć. W zasadzie to nie musiałam nic mówić, ponieważ Paul dopił drinka, powiedział "miło było Cię poznać", przytulił na pożegnanie i wyszedł.
Od lewej: Paul, ja, Jose, Nina
O godzinie 4 rano wszedł wysoki żołnierz w mundurze, stanął na barze i zarządził rozejście się. Powrót z Kadeny do Naha trwa około pół godziny taksówką i kosztował 2000 yenów. Za te pieniądze mogłam wynająć mały pokoik na jedną noc na terenie bazy, ale stwierdziłam, że mały Satoshi byłby zmartwiony gdyby wbiegł rano do mojego pokoju z zamiarem obudzenia mnie na śniadanie, a zastałby puste łóżko.
Całą drogę, wspomagana efektem dużej ilość Jeagermeistera, myślałam i myślałam i myślałam. Był to wspaniały wieczór, wspaniałe imieniny (mimo, że nikt o nich nie wiedział), zupełnie inne od pozostałych. Wiem, że mam dosyć Amerykanów na jakiś czas, ale myślę teraz o nich trochę cieplej niż do tej pory.
Czy Nina i Jose będą mieli okazję na stworzenie normalnego domu? Czy w końcu zdecydują się na dzieci, mimo świadomości ciągłych podróży? Czy Paul zapomni kiedyś o Iraku i Afganistanie? Czy wróci do domu?
Pewnie się nigdy tego nie dowiem. Następnego dnia cały kacowy poranek myślałam o stosunkach japońsko-amerykańskich (najgorsza rozkmina na kaca jaką mogłam sobie wymyślić...) i tak intensywnie myślałam, że postanowiłam pojechać do Heiwakinendo (czyli Okinawa Peace Memorial Museum), ale o tym w następnym poście.

Stay tuned!

czwartek, 25 lipca 2013

Królestwo Ryukyu w pigułce, czyli o zamku Shuri

Nie przypuszczałam, że kiedyś to powiem, ale odkrywam Japonię na nowo. Nie jestem pewna czy mówienie tutaj o Japonii jest odpowiednie, ponieważ złodziejka mojego serca Okinawa znacznie różni się kulturowo od głównych Wysp Japońskich. Wynika to z tego, że do 1879 roku była to siedziba dobrze prosperującego Królestwa Ryukyu (琉球王国). I tak sobie Ci ryukyuańczycy żyli w spokoju, prowadząc interesy z Chinami i Japonią, aż do dnia w którym Japończykom szajba strzeliła do tych małych łebków i wleźli im na ich piękne tereny z buciorami. W 1609 r. Ryukyu zostało najechane przez księcia Shinazu z Satsumy i od tej pory było już tylko gorzej. Do aneksji Okinawy doszło jednak dopiero po przewrocie Meiji. Wojska japońskie zajęły zamek Shuri, a ryukyuański król  Shō Tai został wyciągnięty stamtąd za kołnierz i wywieziony do Tokio. Od tego czasu, mimo że rdzenni mieszkańcy Okinawy zapierali się rękami i nogami, Japończycy zaczęli narzucać im swoją kulturę i język. Wszyscy jednak dumnie wspominają lata świetności Królestwa Ryukyu, pielęgnując takie zabytki jak np. wspomniany już wyżej zamek Shuri (首里城).
Wybrałam się tam pewnego upalnego dnia po zajęciach. Był to wyjątkowo gorący dzień i  buty kleiły się do asfaltu, ale moja żądza wiedzy była podejrzanie silna więc nie mogłam już dłużej czekać. Zamek Shuri znajduje się w dzielnicy Shuri (no shit Sherlock...), dwa przystanki monorailem ode mnie. Dojście do głównych budynków zamku wiąże się z stosunkowo krótką wspinaczką pod górę, która każdego innego dnia byłaby bułką z masłem, ale tego dnia czułam się jakbym wchodziła na Golgotę. Cała spocona i zdyszana stwierdziłam, że to był najgłupszy pomysł na świecie ale wtedy mym oczom ukazał się Kankaimon (歓会門), frontowa brama, i przez moją żyłkę podróżnika znowu popłynęła krew. "Kankai" w oryginalnym okinawskim języku oznaczało "ciepłe, radosne powitanie", a kogo mogło Królestwo witać z taką radością, jak nie chińskich posłów. Przez długi czas bowiem Ryukyu funkcjonowało dzięki handlowi z kontynentem, a przede wszystkim z Chinami, co wiązało się z częstym lizodupstwem ze strony Królestwa.
Po dwóch stronach bramy siedzą sobie lwo-psy Shisa i pilnują, żeby żadne złe duchy się za mury zamku nie zapędziły. Niestety nie uchroniły one zamku przed czterokrotnym, prawie całkowitym zrównaniem z ziemią, ale cóż. Bywa. O Shisa jeszcze się kiedyś rozpiszę, ponieważ panującą na Okinawie Shisa-manię nie można pozostawić bez komentarza. Na razie nie będę psuła klimatu i niech pozostaną w naszych głowach jako stworzenia majestatyczne. Po minięciu dwóch kolejnych bram - Rokokumon i Kofukumon dochodzimy na plac główny i już szykujemy się na ogromny zachwyt i pozbawienie słów, a tu nagle... dupa, remont. Już chciałam wszystko zwalić, na mój totalny brak szczęścia (cały pakiet wykorzystałam wygrywając kiedyś telewizor w Tesco), ale potem ze zrozumieniem pokiwałam głową. Tak jak już wcześniej wspominałam, zamek Shuri dostał cztery razy ostre baty, a podczas Bitwy o Okinawę (3.04.1945r.) został niemal doszczętnie zniszczony. Od tej pory dokładane są wszelkie starania, aby zamek odbudować wiernie do oryginału. W rzeczywistości remont nie przeszkadzał w niczym, oprócz pięknego zdjęcia, albowiem cuda tego miejsca można docenić dopiero jak się wejdzie do środka. Sam zamek kojarzyć się może bardziej ze stylem chińskim i jest to bardzo dobre skojarzenie. Dużo tu czerwieni i smoków. Ichniejsze smoki mają jednak tylko 4 pazury, w odróżnieniu do tych chińskich, pięciopazurzastych. Miało być to wyrazem szacunku w stronę potężnego Cesarstwa Chińskiego. Jak już mówiłam, szczyt lizodupstwa. 
Widoczny na zdjęciu główny budynek, czyli Seiden, jest trzykontygnacyjny, zbudowany z tajwańskiego cyprysu. Nie mam pojęcia jakim cudem zapamiętuję takie informacje, a kanji wchodzą mi do głowy jakby chciały a nie mogły... No nic, wracajmy do Seidenu. Pierwsze piętro, które dorobiło się swojej nazwy Shichagui, było miejscem przeprowadzania wszystkich oficjalnych ceremonii i spotkań politycznych. Na drugim piętrze mieściły się dwa pomieszczenia - Ufugui i Usasuka. Ufugui było miejscówką typowo damską, gdzie królowa i jej damy dworu malowały paznokcie, śpiewały piosenki Justina Timberlake'a, gadały o chłopakach, i ogólnie oddawały się innym damskim uciechom na które mogły sobie pozwolić kobiety Ryukyuańskiego Królestwa. Cała magia dzieje się jednak w Usakusa, gdzie stoi sobie tron. Tron jest niebylejaki, czerwono-złoty, "osmoczony" ze wszystkich stron. To tutaj król najczęściej przyjmował chińskich oficjeli. 

Zaraz przed tronem znajduje się miejsce zwane Karahafu. Jest to stosunkowo mały pokoik z krzesłem o znacznie mniej pompatycznych zdobieniach niż tron.
Karahafu
Było to jednak bardzo ważne miejsce, ponieważ, otwarte na główny plac Karahafu, było miejscem z którego król witał przybyłych Chińczyków, ale także pozdrawiał ludność podczas uroczystości Nowego Roku. Wśród zewnętrznych chińskich ornamentów król prezentował się bardzo dostojnie.
Po złażeniu całego zamczyska zostałam zaproszona do herbaciarni (Sasunoma) na herbatę i tradycyjne okinawskie słodycze. Poczułabym się niczym szanowany chiński poseł, gdyby nie fakt, że musiałam za to zapłacić 300 yenów. Podano mi herbatę jaśminową i cztery gatunki ciastek, którymi miałam się delektować. Ja jednak, jako światowej sławy łasuch i pasibrzuch, pochłonęłam wszystkie w 2 minuty. Omnomnomnom.
Wychodząc z zamku przechodzimy przez jeszcze jedną ważną bramę, Shureimon, czyli brama prosperity. Wszystko w tym miejscu miało być dowodem bogactwa Królestwa Ryukyu, a w istocie w tamtych czasach powodziło im się całkiem nieźle. Zarówno zamek Shuri jak i brama Shureimon wpisane są na listę światowego dziedzictwa UNESCO. 
Okinawa coś ze mną zrobiła. Oszalałam i postradałam zmysły. Ja, jeden z większych japonistycznych leniuchów uczę się japońskiego jak nienormalna, wydaję pieniądze na książki o Ryukyu i chłonę wszystkie informacje jak gąbka. Nie Tato, nie przesiaduję cały czas w barze, a jak przesiaduję to po to, żeby pogadać sobie po japońsku z ziomeczkami. Chociaż muszę przyznać, że Kokusai Doori nocą robi robotę. Młodzi mieszkańcy Okinawy cenią sobie dobre rapsy, do których można nieźle tupnąć nóżką, a takie blond-obce stworzenie jak ja w klubach traktowane jest jak celebrytka. Żeby mi tylko woda sodowa nie uderzyła do głowy! 

Stay tuned!

Na koniec jeszcze rzut oka na kompleks zamkowy Shuri zza przyzamkowego jeziora Ryutan....

... w którym rzekomo mieszkają gryzące żółwie. Uwaga na paluchy!


piątek, 19 lipca 2013

Hello Naha. Please be kind to me.


Naha  (那覇), mimo że dumnie nosi nazwę ekonomicznej i politycznej stolicy Okinawy, nie jest typową japońską metropolią. Pokusiłabym się nawet o stwierdzenie, że jak na japońskie realia, jest niezłym pipidówkiem. Nie piętrzą się tu kilkudziesięciu metrowe drapacze chmur, nie ma klaustrofobicznych tłoków i w zasadzie nie ma czegoś takiego jak "godziny szczytu". Mimo tego Naha oferuje swoim mieszkańcom pełen zakres udogodnień w postaci sklepów, kin, restauracji i banków. W którejkolwiek części miasta byś nie był, zawsze to czego potrzebujesz jest pod ręką. Mieszkańcy Naha (i wysp Okinawy w ogóle) żyją tutaj spokojnie, bezstresowo, zostawiając gdzieś daleko za sobą takie pojęcia jak np. karōshi (jap. śmierć z przepracowania). Być może dlatego Japończycy, po zrzuceniu uniformu, spaleniu krawatu i przejściu na zasłużoną emeryturę decydują się na przeprowadzkę na Okinawę. 
Po Naha poruszamy się monorail'em, rowerem albo na piechotę. No chyba, że jesteś posiadaczem skutera albo jdm'a w sticker-bombie, ale o tym innym razem (myślę, że motoryzacji będę musiała poświęcić cały osobny wpis). Monorail, jak sama nazwa wskazuje, jest kolejką jednoszynową jeżdżącą nad miastem. Cała trasa składa się z 15 stacji. Zaczyna się na lotnisku, a kończy w okolicach zamku Shuri i przejechanie jej całej nie zajmuje więcej niż 20 minut.                                                                                                                                      
Monorailowe torowisko 
Mając na względzie Amerykanów (których na Okinawie jak mrówków), wszystkie stacje opisane są alfabetem łacińskim, a Pani spikerka tłumaczy jaka jest następna stacja i po której stronie pociągu będą otwierały się drzwi. Wielkoduszność i wyrozumiałość Japończyków wobec gaijinów nie zna granic... 




Będąc w Naha trzeba obowiązkowo zobaczyć kilka miejsc, zanim zaczniemy zwiedzać resztę zakamarków wyspy. Zamek Shuri (który zasłużył na osobny post), mauzoleum Tamaudun, ogrody Shikinaen i muzeum prefekturalne to niezaprzeczalne "must-see". Dzisiaj natomiast przedstawię Wam wisienkę na torcie banału i kiczu, a równocześnie turystyczne serce Naha. Panie i Panowie, przed Wami Kokusai Dori (国際通り)! Z tym kiczem chyba jednak trochę przesadziłam. Jest to po prostu handlowe centrum miasta, w którym każdy zrobi wszystko żebyś to akurat u niego wydał pieniądze. Znaleźć tu można mnóstwo sklepów z pierdułkami, durnostojkami, ubraniami wątpliwej jakości i okinawskimi pamiątkami. Na straganach i marketach znajdujących się równolegle do Kokusai Dori znaleźć można natomiast stos owoców i świeżych ryb. Ilość straganów jest przytłaczająca, ale ma to swoje dobre strony, ponieważ każdy sprzedawca chce mieć jak najbardziej konkurencyjne ceny i dlatego na Kokusai Dori można znaleźć dużo rzeczy, za które w normalnym supermarkecie zapłacilibyśmy więcej. Nie dotyczy to jednak restauracji. Wzdłuż głównej ulicy knajpy radzę omijać szerokim łukiem. Lepiej zajrzeć do oddalonych o kilkanaście metrów bocznych uliczek. Tam znajdziemy małe knajpki w których za pyszne Okinawa Soba zapłacimy 500 yenów, podczas gdy na KD koszt takiej przyjemności wynosiłby 900 yenów.                 

  Podstawową zasadą tego miejsca jest to, że można tu znaleźć wszystko co związane z Okinawą i z czego mieszkańcy Okinawy są dumni. Stragany uginają się pod ciężarem ananasów, melonów i smoczych owoców (pitaja). Co drugi sklep sprzedaje płyty z okinawską muzyką oraz sanshin'y (三線 ), tradycyjne instrumenty strunowe. Klimat Kokusai Dori dryfuje gdzieś pomiędzy gangsta rap'em, swagiem, Hawajami, a tradycyjną Okinawą, i wstyd się przyznać ale chyba właśnie to lubię w tym miejscu.
Sanshin

Mam już dużo "przyjaciół" na Kokusai Dori. Wynika to z faktu, że lubię tamtędy wracać ze szkoły. Mijam stojących przed sklepami ziomków w full cap'ach z napisami "$wAgg" i przybijam im piątki. Pierwszego dnia pobytu większość z nich zaczepiała mnie pytając czy jestem ze Stanów, skąd znam japoński, co robię na Okinawie itp. Teraz gdy mnie widzą wołają: "Anaaa! Genkiii???" (jap. Anna, siemanko). Słowo przyjaciel umieściłam w cudzysłowie, ponieważ nasza rozmowa kończy się na mojej odpowiedzi potwierdzającej. Oni jeszcze zazwyczaj dodają, że mam wracać do nich szybko. I tyle.  Zaczynam podejrzewać, że nasza przyjaźń zbudowana jest na gruncie chęci czysto materialnej. 
Stragan z owocami


A po całym dniu łażenia w nieludzkich upałach, nie ma to jak skatować sobie gardło kakigori. Jest to ulubiony przysmak japończyków w upalne dni. Mocno kruszony lód, który powoli zaczyna przybierać formę puchu, polewamy syropem owocowym i voila. Na KD wchodzi się jednak na wyższy poziom, ponieważ kakigori podawane jest ze świeżo wyciśniętym sokiem i prawdziwymi owocami. Omnomnomnom.
Kakigori z ananasem <3

Nie miałam jeszcze okazji zbadać Kokusai Dori nocą. Jest to plan na jutro i podejrzewam, że będzie wesoło.










Kokusai Dori at it's best. Koszulka po lewej wskazuje, że jej właściciel kocha ogromne piersi, a do koszulki po prawej tłumaczenie jest zbędne. Na zdrowie!






  
Okinawskie słodycze. Uwaga, gra słów! Słodko-słone ciasteczka z małym ludkiem na opakowaniu tradycyjnie nazywają się "chin", te natomiast zostały nazwane "chinko" ponieważ są w kształcie małych siusiaczków (jap. chinko - penis).



Na odchodne dostałam dzisiaj w prezencie małą paczuszkę okinawskich ciasteczek, za to że jestem z Polski i lubię Japonię. Z całej siły wierzę w ludzką życzliwość i modlę się, że nie są zatrute, przeterminowane albo nie leżały w słońcu przez trzy dni. Jak tu nie kochać Kokusai Dori?




Stay tuned! 

P.S. Na razie staram się nie pokazywać zdjęć mojej twarzy, ponieważ włosy w tym klimacie totalnie wymknęły mi się spod kontroli. 



                           

czwartek, 18 lipca 2013

Kilka słów wstępu, czyli dlaczego, gdzie i jak?

Paszport? Jest. Wyposażenie plażingowe? Jest. Książki? Są. Nie ma co czekać na zbawienie, spadam stąd.


Pomysł wyjazdu na Okinawę (沖縄) zrodził się w mojej głowie w dniu, w którym dowiedziałam się, że egzamin poprawkowy z języka japońskiego przestał być tylko przerażającą możliwością wiszącą gdzieś w powietrzu, a stał się brutalną rzeczywistością. Starałam się znaleźć sposób na zmotywowanie się do bardzo intensywnej wakacyjnej nauki, ale wizja spędzenia lata w moim pokoju w Poznaniu była porównywalnie atrakcyjna co powolna śmierć. Prawda jest taka, że jak uczyć się japońskiego to w Japonii, a jak w wakacje to na Okinawie. Zaczęłam szukać szkoły japońskiego (których na Okinawie nie ma wcale aż tak dużo) i znalazłam znajdujący się w centrum Naha JICE - Japanese Institute of Culture and Economics (日本文化経済学院), Zapisałam się, spakowałam najpotrzebniejsze rzeczy i sto kilo książek, kupiłam bilet i wio. Komu let's temu go. Jedyną niepewną kwestią było moje zakwaterowanie w Naha, ponieważ rodzina u której miałam wynajmować pokój nie odpowiedziała na żadnego z moich trzech maili. Nie straszne mi były jednak żadne przeciwności losu. Jestem w końcu kochającym Martynę Wojciechowską podróżnikiem i najwyżej będę spała pod mostem ( dzięki Ci Buddo, że nie musiałam spać pod mostem!!!). W takim nastroju ruszyłam w drogę, trwającą w sumie 22 godziny. Poznań-Monachium-Tokio-Naha (那覇).





Zmęczona, brudna i lekko zestresowana wersja mnie, która wylądowała w stolicy Okinawy marzyła tylko o misce ryżu (jak w Kill Bill'u!) i futonie. "Będzie mi tu dobrze" pomyślałam. Sprawa pokoju też dosyć szybko się rozwiązała, bo rodzina, po odebraniu ode mnie telefonu z informacją, że jestem już na lotnisku, brzmiała na nieco zdziwioną, ale wytłumaczyli mi jak dojechać do nich monorail'em i obiecali, że ktoś wyjdzie po mnie na stację.





Mieszkam w stosunkowo nowej części Naha - Omoromachi. Jest to dzielnica wcześniej zajmowana przez amerykańskie bazy wojskowe. Teraz natomiast jest tu aż gęsto od budynków mieszkalnych i centrów handlowych. Do tej pory nie znalazłam żadnego domu wolnostojącego. Rodzina państwa Uji składa się z 4 osób - mamy, taty, córki (18 lat) i syna (13 lat). Są bardzo mili i pomocni, ale nienarzucający się, czyli to co lubię najbardziej. Moim ulubionym domownikiem jest syn Satoshi. Mówi do mnie "japanglishem" (np. o postaci w telewizji: Kono retto kooto wo kiteiru hito ha feimasu na aktaa da.) i gramy razem w Halo w tajemnicy przed rodzicami. Córka chyba ma hikikomori, bo cały dzień siedzi w pokoju i nadupcza smsy. Tato albo jest super bohater, albo yakuzą, bo wychodzi co wieczór i wraca nad ranem, po to żeby cały dzień przespać na podłodze przy wiatraku, chrapiąc przy tym jak stary traktor.Mama natomiast pracuje w piekarni i codziennie przynosi tony chleba (nie przypuszczałam, że w będąc w Japonii będę jadła tyle chleba...) Pokój mam ciasny ale własny. Reszta mieszkania pozostawia natomiast wiele do życzenia. Wszędzie leży mnóstwo ubrań i śmieci. Na pewno nie jest to typowe japońskie, schludne mieszkanie. Na szczęście dbają o to, żeby w łazience był w miarę porządek. Przyznam się szczerze, że  na początku warunki mnie trochę wystraszyły i zastanawiałam się nad zmianą mieszkania. Już drugiego dnia odkryłam tajemnicę tej rodziny i to wpłynęło na zmianę mojego nastawienia. Po powrocie ze szkoły, gdy w domu nikogo nie było, nagle zadzwonił telefon. Stwierdziłam, że odebranie go byłoby nadużyciem gościnności, więc nasłuchiwałam, kto nagrywa się na sekretarce. Była to Pani z Family Support Program, która dzwoniła z prośbą o kontakt odnośnie ostatniego zasiłku. Słysząc to zebrało mi się na głębokie refleksje. Stwierdziłam, że nie będę wybrzydzać i ograniczę objadanie ich lodówki do minimum. No i przecież dostałam od nich rower!



Telewizor jest, internet jest, poduszka-kotek jest. 
Przesiadka z nowiuśkiego single-speeda na holenderskiego złomka firmy "Blue Sky" było sporym wyzwaniem, albowiem rower w naturalny sposób osiągnął idealny "rusty style". Brudzi wszystko czego dotknie, a jego droga hamowania wynosi kilometr (nie mówiąc już o okrutnych dźwiękach jakie z siebie wydaje). Poziom lansu spada do 100 na minusie, ale co to dla mnie. Ważny jest wiatr we włosach i szybkie przemieszczanie się po Naha. Poza tym darowanemu koniowi... etc. etc.







 Tak oto zaczęła się moja okinawska przygoda. Przez najbliższe dwa miesiące mam zamiar zobaczyć WSZYSTKO! Mój grafik pęka w szwach! I w przerwach muszę jeszcze znaleźć czas na naukę... no i masz babo placek. Tak to jest jak się jest abnegatem japonistycznym.
Postaram się regularnie zdawać Wam relacje z moich riukiuańsko-okinawskich przeżyć.


Stay tuned!